środa, 21 lutego 2018

Rozdział 2

Viktor Basedow był przysadzistym, niskim mężczyzną o małym czole. Miał wysoką potliwość rąk, sądząc po tym, jak ocierał je o siebie.

Harry przeniósł wzrok na jego ubranie. Nie miał żony — brak obrączki — ale pachniał kobietą. Jego ubrania były idealnie wyprasowane — nie mogła to być przelotna kochanka. Takie nie prasują ubrań. Zaniedbywał paznokcie — żył w ciągłym stresie.

Ruda sierść na nogawkach i czarna na marynarce — dwa koty. Małe koty.

— Czego ode mnie chcesz?

— Zadałem pytanie — rzekł zimno Harry. — Nie obchodzi mnie, czy na nie odpowiesz, jednak sądzę, że współpraca jest dla ciebie bardziej opłacalna — Na moment uśmiechnął się szeroko i trochę głupkowato, po czym na jego twarz wróciła nieprzenikniona maska.

Mace stała z tyłu, wspierając się rękami o biodra. Jej ciemne oczy uważnie śledziły całą rozmowę i Harry miał nieprzyjemne wrażenie, jakby był obdarty z całej prywatności. Och, jakże nienawidził pracować pod czyjąś kontrolą! Najchętniej wyrzuciłby kobietę za drzwi, by mieć swą ofiarę tylko dla siebie.

— Angelina Volpe? — wychrypiał Basedow. Jego torba wyśliznęła mu się z rąk i z hukiem upadła na ziemię.

— Widzę, że pamięć cię nie zawodzi — zakpił. — Pokaż. — Szarpnął lufą w stronę torby, która upadła na ziemię.

Basedow nerwowo przesuwał spojrzeniem od wycelowanego w siebie pistoletu do bagażu. Padł na kolana, powodując, że podłoga i meble zadrżały. Mace odepchnęła się od ściany i skrzywiła z niesmakiem, ale Harry pozostał niewzruszony.

Lekarz wysypał całą zawartość torby i wycofał się jak najdalej od pistoletu.

— Zapomniałeś nam o czymś opowiedzieć — skomentował Black nie opuszczając broni, ale przyglądając się porozrzucanym przedmiotom. Nie było wśród nich nic, co mogłoby dać im jakąś wskazówkę. Jedynie rzeczy codziennego użytku i pieniądze.

W głowie młodego mężczyzny zaczął się kreślić cały życiorys lekarza, począwszy od młodych lat, kiedy koledzy wyśmiewali się z jego otyłości — nietrudno było mu zauważyć, jak mężczyzna stara się zasłonić swój wielki brzuch zbyt szerokimi ubraniami — skończywszy na chwili obecnej.

— Kto ci to zlecił?

— C-Co takiego?

Harry przypatrzył mu się bardzo uważnie i zmrużył oczy. Po chwili odwrócił się i wcisnął pistolet w ręce Mace.

— Wyduś to z niego.

— Nie jestem twoją dziewczynką na posyłki — warknęła, ale nic nie dodała, tylko zastąpiła Harry'ego.

Tymczasem młodzieniec zadzwonił do swojego wieloletniego przyjaciela ze szczęśliwą, choć nie dla wszystkich pomyślną nowiną. Kiedy mężczyzna po drugiej stronie odebrał, jego oddech był ciężki i bardzo przyspieszony. Łapał głośne hausty powietrza, ledwo mówił.

— James, skończ się zabawiać z małolatą i przyjeżdżaj tutaj natychmiast! — warknął detektyw, spoglądając w kierunku Basedowa, który zapewne wszystko wyśpiewał byłej agentce CIA.

— Skąd wiesz... — wydukał do telefonu zdziwiony mężczyzna, niewątpliwie spoglądając teraz na dziewczynę, która powinna leżeć albo wręcz wić się na łóżku. Nagle sygnał się urwał — Harrison! Harrison! Harry! Kurwa, dlaczego zawsze w takich chwilach!

Black uśmiechnął się z satysfakcją do telefonu, mając pełną świadomość, że jest okropnym draniem. Po chwili schował go w głębi płaszcza. Wrócił do Mace i swojego mordercy.

— Powiedział coś? — zagadnął. Jego wzrok mimowolnie skierował się w kierunku sztyletu, który kobieta wyciągnęła po prostu znikąd.

— Pracuję nad tym. Jeżeli chcesz się napić, to w barze coś znajdziesz — poinstruowała go, nie patrząc w stronę Harry'ego, tylko powoli przykładając lufę pistoletu do skroni lekarza.

Kiedy Anglik odszedł od niej, był pewien, że słyszy błaganie Viktora o litość. Idiota, przecież go nie zabiją!

Zatrzasnął za sobą drzwi do gabinetu, przechodząc do głośnej sali, w której wrzało jak w ulu. Harry warknął ze złością, słysząc przeraźliwie głośną muzykę i tracąc widoczność przez kolorowe światła i całe tłumy młodych ludzi.

Nalał sobie obfity kufel piwa i uniósł go do ust. W niczym nie przypominało tego kremowego, które cieszyło się powodzeniem w jego latach szkolnych. Oparł się o bar, przeczesując spojrzeniem wszystkich gości. Powinni być dla niego bardzo bliskimi osobami. Po jednym rzucie oka wiedział o nich wszystko. Po prostu wszystko, a żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy.

Czasem bawił go ten całkowity brak świadomości, że właśnie są okradani z całego swojego życia. Tylko czasem, ponieważ w większości przypadków był zbyt zirytowany społeczeństwem, aby czerpać jakąkolwiek przyjemność ze swoich wniosków.

Kobieta w czarnej, koronkowej bluzce po jego lewej pocierała obrączkę. Była mężatką od niedawna i nie przyzwyczaiła się do jej obecności. Mocny makijaż i zmęczone spojrzenie świadczyły o niewielkiej ilości snu. Musiała mieć naprawdę ogniste małżeństwo.

Mężczyzna po lewej — szczupły, atletyczna budowa. Luźno zawiązany krawat, wystający z kieszeni, wypchany portfel. Casanova, który próbował podbić serca czterech dziewczyn w ciągu ostatnich dwóch minut. Rozpieszczony synek bogatej mamusi, który nigdy nie skalał rąk pracą.

Harry potrafił przejrzeć wszystkich. Wgłębiał się w problemy wewnętrzne tych ludzi i obdzierał ich z całej prywatności. Dawniej były czasy, kiedy Mace błagała go, aby postarał się o pracę w tajnych służbach, od których odeszła. Jego umysł był niezaprzeczalnie genialny i ostry jak brzytwa. Mógł zachwycić nim wiele osób, a jeszcze więcej przerazić. Ludzie nie lubili tych przesadnie inteligentnych. Uważali ich za potworów. I znów na myśl przychodziła Harry'emu ta plaga społeczeństwa, która szerzyła się wśród tych w domyśle najmądrzejszych stworzeń na świecie. Hipokryzja.

Ach, jakże on nienawidził hipokryzji. Odkąd pamiętał, tępił ją z całych sił. Może to dlatego nigdy nie był zainteresowany przyłączeniem się do półkrwi czarodzieja, który mordował podobnych sobie, tłumacząc to wyższymi ideałami?

Jednak kiedy tak patrzył w tłum i obdzierał tych ludzi z ich warstw, z ich masek i person, za którymi kryli swoje małe, poskręcane i nędzne „ja", czuł ogromną satysfakcję. Satysfakcję, nie radość. Nawet bez pałacu myśli jego umysł nadal był w stanie czynić to wszystko, co dla większość tych ograniczonych kretynów było, jest i pozostanie nieosiągalne. Nawet bez niego, jego umysł wciąż pozostawał tym najlepszym.

— Harrisonie — usłyszał, a w następnej chwili ktoś potrząsnął go za ramię. — Harrisonie!

— Harry — mruknął. — Miło, że wreszcie raczyłeś porzucić przyziemne przyjemności i skupić się na naszym problemie — rzekł, unosząc brwi. Przed chwilą oderwał się od rzeczywistości, zamykając w swoim umyśle. Nie był to pierwszy raz, kiedy za bardzo skupiał się na swoich obserwacjach. Tak bardzo, że przestawał zauważać świat doczesny. — Morderstwo — dodał, wyraźnie akcentując każdą sylabę.

Ale Anderson nie ruszył się ani o krok, ze zmartwieniem spoglądając na przyjaciela.

— Harrisonie... Harry. Wszystko gra?

— James, do diabła, przesłuchaj podejrzanego i zostaw mnie w spokoju — warknął, czując, że jego głowa pęka na wskroś. Nie powinien jeszcze po to sięgać. Było dla niego za wcześnie.

Nawet po tylu latach...

— Nie zachowujesz się normalnie. Dać ci wody? — Głos Jamesa dobiegł do niego jakby zza grubej, szklanej szyby.

Kurczowo chwycił się blatu za sobą, kiedy zaczęło mu się kręcić w głowie.

— To tylko migrena — mruknął i chwycił kufel piwa, pociągając z niego zdrowego łyka. — Idź.

Otarł usta wierzchem nadgarstka i warknął ze złością, kiedy James nie ruszył się ani o jotę pomimo jego usilnych próśb. Z hukiem odstawił szklane naczynie, powodując, że kilka głów odwróciło się w jego stronę, i ruszył do Mace.

Kobieta z policjantem skinęli sobie sztywno głowami. Mace polerowała swój ulubiony sztylet — Harry wiedział, że tak naprawdę to ostrze bardzo rzadko było oblane ludzką krwią. Mulatka częściej używała go zamiast rzutki do tarczy. Pod tym względem przypominała fachowego snajpera sztyletów — zawsze trafiała w sam środek.

Viktor już nawet nie stał, tylko kulił się przy biurku, drżąc na całym ciele z przerażenia. Black poruszył nozdrzami z grymasem obrzydzenia na zazwyczaj wypranej z emocji twarzy. Uniósł brwi, kiedy lekarz zaczął powoli podnosić się z ziemi.

— Na twoim miejscu bym się nie ruszał.

— Nie szukacie jednej osoby, ale wszystkie z nich są tutaj stałymi bywalcami. On — wskazała na Basedowa — nie zna ich nazwisk. Poza tym trzęsie się jak galareta i powinnam wywalić go stąd na zbity pysk już kilka miesięcy temu.

Harry przykucnął przed mężczyzną, patrząc mu w oczy z lodowatym chłodem. Z jego postawy biła arogancja i pełna pogarda. Nienawidził ludzi, którzy nie potrafili zachowywać się godnie do swojego statusu najmądrzejszego stworzenia na świecie i kulili się u stóp innych. Żałosne.

— Wiem, że jesteś całkowicie spłukany i potrzebujesz pieniędzy. Tak samo jak wiem, że kłamiesz i dobrze znasz swoich zleceniodawców. To stali bywalcy w tym klubie, prawda?

— Jak ty to... — zająknął się Basedow, przyciskając do piersi prawą rękę.

Harry uśmiechnął się złośliwie.

— A więc jednak ich znasz. Dziękuję — rzekł z satysfakcją. — Anderson! Reszta należy do ciebie.

Mężczyzna wykorzystać ostatnią drogę ucieczki przez okno, ale był zbyt opasły i powolny, aby choćby przeskoczyć przez biurko. Mace zareagowała zanim którykolwiek z mężczyzn zauważył, co się święci. Chwyciła marynarkę lekarza i pociągnęła go do tyłu, podstawiając mu nogę.

Basedow runął na podłogę, a kobieta z pełnym samozadowolenia uśmiechem położyła stopę odzianą w dziesięciocentymetrową szpilkę na jego policzku.

James szybko udaremnił mężczyźnie następną próbę ucieczki. Zgodnie z procedurą skuł go w kajdanki, po czym wyprowadził.

— Masz dobry refleks. Szybko reagujesz — mruknął Harry, kiedy Andersona i mordercy już nie było.

— Dzięki. Te zbrodnie... — mruknęła kobieta, niby przypadkowo przesuwając palcami po płaskim, odkrytym brzuchu. — Wiesz, że były niemal idealne?

Harrison zachowywał się, jakby wcale jej nie słyszał. Przykucnął przy rzeczach, które Basedow wysypał z torby. Chwycił jeden z biletów na pociąg i przyjrzał mu się w zamyśleniu. Przez chwilę nic nie mówił, analizując wszystko, czego się dowiedział podczas ostatniej godziny.

Był wdzięczny Mace, że nie przerywała mu podczas wyciągania wniosku, tylko spokojnie czekała. To właśnie odróżniało ją od Jamesa. Wiedziała, kiedy należy zamilknąć i dać Harry'emu pracować w spokoju. Nauczyło ją tego samo gorzkie, ciężkie życie.

Black westchnął po chwili i wziął jeden z biletów.

— On nie był typem seryjnego mordercy. — Jeszcze raz westchnął. — Ale te zbrodnie... Muszę przyznać, że były bardzo pomysłowe — zakpił, bawiąc się kartką.

Anderson po chwili wrócił, nosząc na twarzy ciężki, ostry wyraz. Zawsze przywdziewał rolę twardego, dumnego policjanta, kiedy badali sprawę.

— Przez ten tydzień uda nam się ustalić pełen portret psychologiczny wszystkich zleceniodawców — rzekł do Harry'ego. Uniósł nieistniejący kapelusz w stronę Mace i pospiesznym krokiem wyszedł z baru, aby odwieźć podejrzanego na przesłuchanie. Oczywiście policja i syrena szybko przyciągnęły uwagę na wszystkich zamieszanych w tę sytuację.

— James! — krzyknął za nim Harry.

— Tak?

— Naprawdę sądzisz, że zostawienie obcej kobiety w swoim domu było rozsądne?

James rozdziawił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa. Na jego twarzy pojawił się twardy, wściekły grymas. Poprawił swoją policyjną odznakę i ruszył przez bar, odprowadzony wzrokiem ciekawskich gapiów.

— Jaki wzorowy pan policjant — zachichotała mulatka, owijając swoje szczupłe ręce dookoła torsu Harry'ego. Położyła swój podbródek na jego ramieniu, kiedy mężczyzna nadal się nie poruszył. — Długo się znacie?

— Niewiele krócej, niż z tobą — odparł. — Dasz się zaprosić na kolację? Ostatnio mam coraz mniej okazji, żeby spotkać się ze starymi znajomymi.

Kobieta uśmiechnęła się szeroko, jakby tylko na to czekała przez cały pełen pracy dzień.

— Pod warunkiem, że nie będziesz mnie analizował. Masz wyłączyć dedukcję.

— Nie da się wyłączyć inteligencji — westchnął. — Chociaż gdy patrzę na niektóre osoby — dodał, ukradkowo zerkając na gości, którzy, otrząsnąwszy się ze zdziwienia niecodzienną sytuacją, bawili się w przeróżny sposób na parkiecie, tańcząc i skacząc w rytm głośnej muzyki — to zastanawiam się, czy to na pewno jest niemożliwe.

Uśmiech Mace jeszcze się poszerzył. Młody detektyw mógł być prawdziwym draniem. No i był. Zupełnie pozbawionym empatii. Właściwie do tej pory nie wiedziała, dlaczego. Im dłużej go znała, tym bardziej wyprany z emocji się jej wydawał. Jakby z każdym dniem tracił jakąś część siebie, jakiś entuzjazm i chęć do życia. Gdyby nie mordercy, których śledził, z pewnością popadłby w depresję. Dlatego mulatka była gotowa w każdej chwili odświeżyć swój stary sprzęt i dostarczyć mu rozrywki, aby jej przyjaciel wciąż mógł się zajmować tym, co tak bardzo lubi.

Całe szczęście póki co nie była do tego zmuszona.

Wsiadła na miejsce pasażera w przednim siedzeniu. Lubiła mercedesa Harry'ego, ale nie miała pojęcia, jak mężczyzna na niego zarobił. W końcu James nie wypłacał mu pensji za rozwiązywanie spraw, mimo iż młodzieniec w pełni na to zasługiwał. Bez niego sydneyowska policja byłaby w czarnej dupie. W końcu ruszyli z miejsca, a kobieta zrelaksowała się w fotelu.

— Przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo lubię z tobą jeździć — powiedziała, szczerząc się od ucha do ucha, kiedy nabierali prędkości.

— Jesteś niezdrowo uzależniona od adrenaliny — oto powód, dla którego w ogóle się ze mną zadajesz.

Wyjechali na ulicę Króla. Mace włączyła radio, uśmiechając się od ucha do ucha.

— Opowiedz mi o tym policjancie — mruknęła, przygryzając wargę. James ją zainteresował, ale zdecydowanie nie w kontekście przyjacielskim. Chciała ukryć swoje podświadome zdenerwowanie — dlatego przygryzała wargę i skubała skórki dookoła swoich zadbanych paznokci — nigdy tego nie robiła.

Harry uśmiechnął się pod nosem.

— Z pewnością do siebie pasuje... — Przerwało mu mocne uderzenie w ramię. — Uważaj, kieruję — warknął, kiedy jego lewe ramię zsunęło się z kierownicy na skutek uderzenia.

Skręcił w ulicę królowej Elżbiety i dojechał nią do swojego domu na Bend Street.

Mace wzięła klucze, aby otworzyć drzwi. Harry musiał jeszcze dobrze zaparkować, a jako mądry człowiek wiedział, że z życia najważniejsza jest każda sekunda, dlatego wolał trochę zaoszczędzić na czasie.

Wiedział, że jego przyjaciółka jest dość wścibska, ale nie miał nic do ukrycia. Szkatułka z jego różdżką była zabezpieczona w taki sposób, by tylko on mógł ją otworzyć. Inne rzeczy, które przypominały mu o magicznej przeszłości, były albo dawno spalone (jak jego szkolne podręczniki i wszystkie czarodziejskie szaty), albo oddane komuś innemu (chociażby Mapa Huncwotów), albo ukryte gdzieś głęboko w piwnicy (nie potrafił rozstać się z peleryną niewidką).

— Nie wiedziałam, że interesujesz się biologią — usłyszał, kiedy tylko przekroczył próg własnego domu i zamknął za sobą drzwi. Mace już się u niego rozgościła — to nie była jej pierwsza wizyta.

Oglądała jego nowe książki, które ostatnio kupił. Chemia i biologia były zbyt potrzebne w jego pracy, aby nadal pozostawał całkowitym ignorantem w tej sprawie.

— Masz herbatę? — zapytała.

— Zrobię ci zieloną.

— Tylko bez cukru! — dodała mulatka, rozkładając się na brązowej, skórzanej kanapie Harry'ego i umieszczając stopy na małym stoliku naprzeciwko niej. Black miał bardzo przytulny salonik, urządzony na styl starej, angielskiej mody. Brązowe, skórzane obicia kanapy i dwóch foteli dookoła stołu nadawały pomieszczeniu naturalności. Naprzeciwko nim zbudowano kamienny kominek, w którym zawsze było drewno — ilekroć Mace by nie gościła u przyjaciela.

Cały dom Harry'ego był czymś zagracony. Mężczyzna nie lubił sprzątać i z pewnością tego nie robił. Akurat w tym obydwoje się doskonale rozumieli, a kobieta w mieszkaniu Anglika czuła się jak u siebie w domu.

— Przecież wiem, że słodzisz jedną płaską — mruknął rozbawiony młodzieniec, ale spełnił żądanie kobiety.

— Miałeś mnie nie analizować! — ryknęła Mace, odwracając się gwałtownie.

Harry pewnie by się tylko uśmiechnął i przyniósł kobiecie pożądany napój, ale akurat ten moment wybrała sobie brązowa sowa, aby wlecieć przez uchylone okno w salonie. Zostawiła list i poleciała prosto do czarodzieja, oczywiście chcąc dostać jakiś smakołyk lub chociaż wodę.

— To twoja sowa? — zapytała niemrawo kobieta, przyglądając się ptaku, który przysiadł sobie na ramieniu mężczyzny. Harry podał wreszcie herbatę przyjaciółce. — Trzymasz w domu dziwne zwierzęta.

— Wiem. Co dla mnie masz, mała? — zapytał, dobrze wiedząc, że sowa przyniosła mu list od Hermiony. Miał ich naprawdę dość. Jeszcze przez pierwsze dwa lata na nie odpisywał, potem robił to coraz rzadziej, rzadziej, aż wreszcie nie odpisywał wcale. Bywały też takie dni, podczas których nie miał ochoty nawet ich otwierać i czytać. Czasem się zmuszał, a czasem rzucał nietknięte wiadomości do ognia.

Dziś by jeden z tych gorszych dni.

Nie wróci do magicznej Anglii. Nigdy.

Pogłaskał zmęczonego ptaka i pozwolił mu wyfrunąć. Nie miał pojęcia, jak czarodzieje hodowali sowy, skoro potrafiły przemierzyć dystans Anglia — Australia w nie więcej niż tydzień.

Pamiętał swoją starą sowę śnieżną. Była piękna. I zawsze miała czyste pióra. Ale później zginęła, zagryziona przez olbrzymiego węża. Nigdy do końca nie pogodził się z jej stratą.

Otrząsnął się ze wspomnień, kiedy do pokoju wleciał drugi ptak. Tym razem nie była to sowa, a czarny, ogromny kruk. Mace aż wstała z kanapy i szybko podeszła do zwierzęcia, przyglądając mu się z fascynacją.

— To twój nowy ptasi podopieczny? — zapytała, wyczuwając, że to nie jest najłagodniejsze zwierzę.

— Nie należy do mnie — odparł Harry, wypuszczając płomykówkę na zewnątrz. Podszedł do kruka. — Nigdy nie widziałem, by ktokolwiek używał kruka do przesyłania wiadomości. To ciekawe...

Od kogo...? Przymknął oczy, masując swoje skronie. Ptak nie przyniósł listu, nie. W jego dziobie znajdowało się tylko zdjęcie, a do chudej nóżki przywiązano mały, aksamitny, czerwony woreczek. Czy zdjęcie albo zawartość tego woreczka mogły być świstoklikiem? Och, oczywiście, że mogły!

— Jest śliczny — rzekła kobieta, podziwiając kruka. — To czarne upierzenie, oczy, masywne skrzydła... Popatrz, jak lśni w blasku lampy. I wcale się nie boi. Myślisz, że jego właściciel się obrazi, jeżeli go na trochę zarekwiruję? — zapytała z chytrym uśmiechem.

— Myślę, że tak. Jest mu potrzebny do kontaktowania się ze światem.

— Twoi znajomi są dziwni. Nie mają telefonów?

Harry zignorował ją, skupiając się znów na przybyszu.

Kruk nie należał do Hermiony.

Do Rona również nie, niby skąd.

Severus? Nie. Chociaż ptak do niego dobrze pasował, to jednak nie sądził, aby starszy mężczyzna chciał mieć z nim do czynienia, kiedy swoim wyjazdem tak gwałtownie zerwał dopiero co nawiązaną przyjaźń z nim. Kruk nie mógł być jego. Po prostu nie mógł. I nie był.

A więc Remus? Nimfadora?

Może Narcyza Malfoy albo jej syn — Draco?

Albo...

Serce Harry'ego podeszło do gardła, kiedy drżącą ręką wyciągnął z dzioba niewielkie zdjęcie zrobione starym aparatem, którego wciąż musieli używać czarodzieje, aby móc sprawić, by zdjęcia się poruszały.

Kruczy krzyk wypełnił pokój, kiedy zwierzę rozwarło swój masywny, olbrzymi, czarny dziób, wpatrując się bezdennym, przerażającym spojrzeniem w Blacka.

Zwłoki. Zmasakrowane zwłoki. Sprawca oszczędził tylko twarz nieszczęśnika, przez co wszystko wyglądało jeszcze bardziej groteskowo. Rude włosy i znajoma, poczciwa twarz obsypana piegami spowodowały, że w oczach Blacka pojawiła się panika.

— Pan Weasley — szepnął młody mężczyzna. Jego dłonie drżały, a zawsze spokojny i pewny swego głos zaczynał się załamywać.

Nie, nie, nie, nie, nie! Nie będzie znów przez to przechodził!

— Nie ma pieprzonej mowy — wymamrotał rozpaczliwie. — To się nie dzieje...

Klatkę piersiową trupa zdobił wielki Mroczny Znak, ciągnący się od obojczyka, aż do głębokiej dziury w brzuchu. Z pewnością nie był tatuażem. Harry potrafił rozpoznać oparzenia. Skóra została dosłownie naznaczona rozgrzanym do białości piętnem o tym kształcie.

— Harrisonie? — Głos Mace był stłumiony jakby dobiegał do niego zza grubego szkła. Czuł, że kręci mu się w głowie. — Harr...

To był bardzo, bardzo zły dzień.

— Nie — tchnął, jakby to słowo miało rozbić całą rzeczywistość i udowodnić, że to tylko wymysł jego fantazji.

W końcu powoli odwrócił zdjęcie, bojąc się tego, co jeszcze na nim znajdzie.



Trzy lata, mój Wybrańcze.

Czy to nie dość, aby poukładać swoje myśli?

Pamiętasz naszą grę, Słońce? Nie mogłem się doczekać, byś znów rzucił kostką. Myślę, że już czas na Twój ruch, Harry.

Informacje potrafią ratować życie — nigdy o tym nie zapominaj. Mam nadzieję, że będziesz się bawił tak dobrze, jak ja.

Powodzenia.

________________________


Mam nadzieję, że ten rozdział nie jest tak tragiczny, jak ja go widzę, ponieważ żebym była w pełni zadowolona, to nie mogę powiedzieć. Ale sama w takie bagno wdepnęłam, pisząc taką, a nie inną, fabułę w poprzednim rozdziale. Cóż, w kryminałach najwyraźniej muszę się jeszcze nieźle podciągnąć, ale obiecuję, że niedługo z pewnością się poprawię :).


sobota, 27 stycznia 2018

Rozdział 1

— Panie Black? — usłyszał Harry, kiedy leniwie odebrał telefon od swojego namolnego znajomego.

— Tak, James? — zwrócił się do mężczyzny z drugiej strony. Gestem i lekkim uśmiechem odmówił herbaty, która została mu zaproponowana przez jego gościa, który buszował po kuchni. Założył nogę na nogę, po głosie Jamesa wiedząc, że zostanie poinformowany o czymś interesującym.

— Mamy sprawę, Harrison.

— Harry — poprawił go pomocnie Brytyjczyk. Jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić do dziwnej maniery Australijczyków nazywania go tym durnym, wyolbrzymionym przedłużeniem.

— Harry — powtórzył James z nieukrywaną kpiną. To słowo nieumiejętnie leżało na jego języku, tak jakby nie mógł go wymówić. — Oczywiście, Angliczku — zaśpiewał Anderson.

— Dzwonisz po to, by wyśmiać moje pochodzenie, czy masz coś nieco bardziej produktywnego? — Harry wstał i szybko, nie odrywając się od telefonu, podszedł do kobiety, która stała przy blacie kuchennym i wpatrywała się za okno.

— Tak myślałem, że zainteresuję mojego najlepszego detektywa...

— Do rzeczy, Anderson. — Przyłożył usta do skóry na szyi Isabel Swann, młodszej od siebie dziewczyny z prowincji. Nie przeszkadzał jej kochanek rozmawiający przez telefon, o ile otrzymywała od niego choć trochę uwagi.

Nagle oderwał się od oburzonej nagłym porzuceniem Brytyjki. Przytrzymując telefon lewym ramieniem, w podskokach przemierzył salon i dotarł do wieszaka ze swoim ciemnoszarym płaszczem. Za oknem już dawno błyszczały gwiazdy na przerażająco czarnym niebie, ale deszcz lał się jak z rozdartej chmury.

— Harry! — zakrzyknęła miękko jego kochanka, ale mężczyzna słuchał tylko Jamesa.

— Seryjny morderca, znowu. To coś dla ciebie, Black?

— Poprzednie ofiary? — zapytał, szybko chwytając czarny parasol.

— Gdzie idziesz, kochanie? Otworzyłam dla nas czerwone wino! — usłyszał głos pełen wyrzutu głos, ale zupełnie go zignorował. Dbał tylko o jedną kochankę, a nazywała się ona „sprawa". Czasem zmieniała swe imię na „problem" lub „zagadka", lecz nigdy nie nazwałby swej ukochanej „Bellą". Dlatego kiedy James przestał dzielić się z nim najciekawszymi aspektami nowej kochanki, popatrzył na pannę Swann, jakby widział ją pierwszy raz w życiu i rzekł neutralnym tonem, wskazując wyjście:

— Zrobiło się już późno. Wybacz, że cię nie odwiozę, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż użeranie się z rozemocjonowanymi dziewczynkami.

— O! Ty...! Kh... — Izabel nie mogła złapać powietrza, więc zarzuciła swoimi pomarańczowymi, zlokowanymi na styl barokowy włosami i dumnie wyszła z jego kamienicy.

Harry nie tracił czasu. Zbiegł zaraz za nią i wbiegł do samochodu. Nie potrafił się przyzwyczaić do rozregulowanej i deszczowej pogody Australii w samym środku sierpnia.

— — —

— Przez telefon nie byłeś zbyt rozmowny — rzekł nagle, z rozbawieniem dostrzegając nerwową reakcję Jamesa. — To ona? — zapytał, lekko szturchając lakierowanym, czarnym skórzanym butem sztywne, drętwe ciało kobiety w młodym wieku, z czarnymi włosami i wąskimi ustami. — Nie jest zbyt rozmowna. Powiedz mi, jak zginęła. Może jej morderca będzie bardziej interesujący — mruknął.

— Zawsze zakładasz, że morderca to mężczyzna, Harrisonie?

— Harry — poprawił go automatycznie. Spojrzał uważnie na trupa i dodał: — Nie. Nie zawsze. — Klęknął i pochylił się nad ofiarą, poruszając nozdrzami. — Tylko kiedy jest kobietą i czuję od niej tanie męskie perfumy. Rzuć mi rękawiczki.

James zmarszczył brwi, przypatrując się Harry'emu, który dokładnie obchodził czarnowłosą dookoła. Podniósł jej brwi i odsłonił zielone, matowe oczy, dokładnie się im przyglądając. Smukłe dłonie mężczyzny obleczone w rękawiczki szukały czegoś, co dałoby umysłowi Harry'ego jakiś punkt zaczepienia.

— I? — zapytał Anderson, kiedy Anglik milczał przez dłuższy czas.

— Morderstwo z zemsty — wywnioskował. James zamrugał, nie rozumiejąc. Harry westchnął i powstrzymał odruch przetarcia oczu ze zirytowania. W końcu miał na rękach rękawiczki, którymi dotykał trupa.

Ach, dlaczego ludzie nie potrafili myśleć logicznie? Chciałby... Chciałby kiedykolwiek spotkać kogoś, kto tak jak on mógłby szybko składać wszystko do jednej całości. Chciałby mieć partnera w prowadzeniu swoich spraw. Niestety otaczali go sami głupcy.

— Widzisz te ślady? — zapytał, pokazując tatuaż na lewym przedramieniu dziewczyny, dziewiętnastolatki na oko Harry'ego. Dokładnie naciskał palcem na oczy dwóch niebieskich skowronków, które się tam znajdowały.

— Jakie ślady? Harry?

Chłopak przewrócił oczami i przyciągnął Andersona bliżej.

— Te ślady — wycedził. Były tam. Ślady po wąskiej, cienkiej igiełce. Małe, ale nie tak małe, aby Harry ich nie wychwycił. Pomimo okularów był naprawdę wytrwałym obserwatorem. — Jest narkomanką. — Dotknął jej bransoletki wysadzanej diamentami, a później przeciągnął wzrok ku dłoni. — Bogatą narkomanką. I jest zaręczona. Nie ma obrączki, ale nosi pierścionek na lewej ręce, na serdecznym palcu. Skoro jest bogata, jej mąż też musi być bogaty, więc nie miałaby na sobie zapachu tanich, męskich perfum. — Harry zawiesił głos, po czym nagle wzruszył ramionami i kontynuował o wiele lżejszym tonem, lecz w taki sposób, jakby Jamesa tam nie było. — Jeżeli to nie jest jej dziwny fetysz — psikanie się wodą kolońską z osiedlowego — który namiętnie praktykuje, przepraszam, praktykowała — uśmiechnął się paskudnie — sypiała z młodszym kochankiem. A więc kto jest mordercą, panie Anderson? Zazdrosny niedoszły mąż, kumpel z branży czy może jeden z kochanków? — po raz pierwszy zwrócił się do drugiego mężczyzny.

James patrzył na niego z podziwem, ale i przestrachem.

— Jesteś jedyny w swym rodzaju, Black.

Harry wywrócił oczami.

— To nie narzeczony — westchnął. — Ani nie kochanek. Najbardziej podejrzewałbym kogoś z jej roboty. Patrz na jej ubranie. Czarna, skórzana kurtka trzy czwarte. Mało kieszeni na zewnątrz, rozkloszowana, wiele schowek od wewnątrz.

Harry sięgnął w głąb jej ubrań i wywinął kieszeń na drugą stronę. Wtedy posypał się z niej biały pyłek. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem.

— „Mąka". Tak często nosiła je w tej kurtce, że przez cały ten czas nagromadziła się w niej meta. Poza tym śmierdzi zgniłymi jajami.

— W takim razie wiesz już, kim konkretnie jest morderca?

— Nie — odrzekł Harry jeszcze zanim Anderson skończył pytanie. — Jeszcze nie. Daj mi dziesięć minut. To prosta zagadka.

Black przez chwilę wpatrywał się w nieruchome ciało, raz po raz oglądając to włosy, to skórę kobiety, aż w końcu wyprostował się ze zwycięskim uśmiechem.

— Pracowała w barze muzycznym przy The Royal Street. Zawodowo grała tam na gitarze. Blisko pracy musiała mieć salon kosmetyczny albo miała świetne umiejętności w robieniu paznokci, w co wątpię. Nie mogłaby zrobić prostych wzorów. Ręce narkomanów się trzęsą — dodał, kiedy zrozumiał, że James nie może nadążyć za jego szybkim myśleniem. — Oprócz tego ma rozbudowane ramiona, najbardziej barki. Jeżeli nie wyciskała na klatę pięćdziesięciu kilo dziennie, a jej pasją nie była wiatrówka, to lubiła poszarżować ze spluwą. Słowem; bar muzyczny przy The Royal Street.

Anderson parsknął i nerwowo się zaśmiał, rozkładając ręce i kierując wzrok ku górze. Harry uniósł jedną brew i spojrzał na niego z dezaprobatą.

— Nie mogę w to uwierzyć — rzekł Australijczyk zdławionym tonem. — Jak ty to robisz, Black?

— Myślę — wycedził po chwili. Był cholernie zły. Chociaż może słowo „zirytowany" byłoby trafniejsze? — James, do cholery, dlaczego nie wezwałeś mnie do poprzednich morderstw?

— Nie były jeszcze seryjnymi, a ty nie przyjechałbyś do pojedynczych morderstw.

Harry zaklął w duszy, niestety wiedząc, że Anderson ma rację. Nie ruszyłby tyłka z domu, żeby ścigać jakiegoś małego mordercę, który właściwie sam nie jest pewien, czy kogoś zabił. Kiedy w grę wchodzili inni, tacy, których rozszyfrowanie zajmowało mu nieco dłuższy czas... On zawsze był chętny. Czy to dlatego, że znał ich psychopatyczne zdolności do „gier" o ludzkie życie? Zapewne. Ale Harry sądził, że psychopaci po prostu go przyciągali. Kiedy rozmyślał nad tym, często się zastanawiał nad powrotem do Anglii, w której panoszył się największy psychopata, jakiego kiedykolwiek spotkał.

— Gdzie jest jej komórka? — zapytał nagle, jakby doznał olśnienia.

— Zabezpieczona, jak wszystko in...

— Głupiec — syknął Harry, ledwie panując nad wybuchem. — Każda brudna para rąk, która dotykała to ciało, wprowadziła jakieś zmiany, które mogą mnie naprowadzić na zły trop! Mówiłem ci, że nie mam zamiaru oglądać ciał po ingerencji tych twoich matołów. Daj. Mi. Jej. Telefon. Natychmiast.

Anderson skrzywił się, ponieważ młodszy mężczyzna właśnie mu rozkazywał, a on ten rozkaz ochoczo spełniał. Black jednak pomógł im zbyt wiele razy, aby teraz się mu sprzeciwił. Potrzebowali go.

Policja nie była nastawiona do Harry'ego pozytywnie. Nikt nie lubi, gdy robią z niego głupca, a ten dwudziestotrzylatek robił z nich dosłownie idiotów za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na miejsce zbrodni. Harrison był po prostu szczery i dość arogancki, ale James musiał przyznać mu w jednym rację: „Skoro ludzie chcą szczerości, mówię szczerze, że są głupi, ponieważ tak jest. W takim razie mają pretensje o to, że nie skłamałem. A jeżeli mają te pretensje, to znaczy, że lubią żyć w ułudzie i okłamywać samych siebie. To czyni z nich głupców". Ze swojej natury James odpowiadał zawsze, że ludzi odstrasza nie szczerość, tylko wyższość, z jaką Black ich traktował.

Zaś wtedy jego młodszy kolega zawsze odpowiadał mu grecką filozofią, którą namiętnie posługiwał się Neron w starożytnym Rzymie: „Władza skupiona na jednostce ma sens, o ile ta jednostka będzie posiadać intelekt wyższy, niż jej podwładni". Dokładnie tak mówił. Dlatego po pewnym czasie w ogóle przestali się o cokolwiek spierać (jeżeli chodzi o sprawy międzyludzkie) ale z czasem zaczęli dostrzegać argumenty drugiej strony. Albo przynajmniej Anderson zauważał racje Blacka.

— Dzięki — mruknął Harry i przeciągnął palcem po kranie telefonu.

— Czego szukasz?

— Ciekawych wiadomości, niezapisanych i zapisanych numerów. Później przeszukam Internet. Powiedz mi, jak się nazywa. —Trącił ciało czubkiem buta.

— Angelina Volpe.

— Volpe? To angielskie nazwisko? — zdziwił się Harry. Było... Niespotykane.

— Chyba angielskie.

— Dowód?

— Jaki znów dowód? — zapytał James. — Osobisty? — zapytał szybko, kiedy spoczęło na nim niedowierzające spojrzenie Harry'ego.

— Prosiłbym o inny?

— Zapewne nie. Alexandrze, przynieś dowód, jeżeli możesz! — zakrzyknął do jednego z młodszych członków ekipy. Alex wcisnął im małą plakietkę z plastiku i uciekł.

— Ojciec — Abercio — to Włoch. Matka — Sophie — anglojęzyczne. Cukrzyca? Była chora na cukrzycę. — Spojrzał na nią dokładnie. Wcisnął dowód w ręce Jamesa, po czym zrzucił rękawiczki i mocniej przewiązał płaszcz. — Zginęła przez przedawkowanie insuliny?

— Tak.

Harry wykrzywił wargi.

— Cudownie.

— A więc? — zapytał niecierpliwie James, stukając palcami w ramię. — Kto jest odpowiedzialny za trzy ostatnie morderstwa?

— Poprzedni miał problem z alkoholem? — upewnił się Harry. Nie chciał się pomylić w swojej diagnozie. — Chorował na coś?

— Na bezsenność.

— Niech no zgadnę — mruknął. — Sekcja wykazała, że w jego organizmie znajdował się nadmiar kwasu barbiturowego*?

— Niech no zgadnę — przedrzeźnił Blacka, zakładając ręce na piersi. — Oczywiście to wydedukowałeś?

— Oczywiście. Zastanów się, Anderson — zaczął. — Kto mógł znać tę dziewczynę i poprzednie ofiary? Wiedzieć, że miały problemy z używkami i jednocześnie chorowały na coś? Nie jesteś aż tak głupi, James, wiesz to. Osoba, której ufasz, która zawsze ma służyć ci pomocą. Nigdy byś nie pomyślał, że może cię skrzywdzić.

James zamrugał i odsunął się, kiedy intensywnie zielone oczy wpatrywały się w niego z niepokojącym błyskiem. Harry był przerażający, kiedy wreszcie dotarł do sedna sprawy.

— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, Harrison, ale proszę, żebyś przestał! Skończ się zabawiać i powiedz, kto ich zabił.

— Lekarz, idioto.

— Lekarz? — powtórzył niedowierzająco.

Harry lekceważąco zbył go ręką, prostując się i zaczynając krążyć po pokoju. W końcu ukląkł znów przy martwej i włożył dłoń pod jej kurtkę, poszukując dalej.

— Lekarz, medyk, nawet szaman, nazywaj sobie to, jak chcesz. Gdzieś tu musi być recepta... — mruknął, gorączkowo przeszukując kobietę. — Miała przy sobie torebkę?

— Tak, małą. Przynieść? — zaproponował. Harrison milczał, więc policjant posłał po torbę.

— Dzięki, ale nie trzeba. Mam to — pokazał Jamesowi małą karteczkę z receptą na środki przeciwbólowe i leczniczą marihuanę. — Viktor Basedow, z nazwiska Rosjanin. Lekarz w klubie Seven Seconds to Haven.

— Nie wiedziałem, że znasz takie miejsca — skomentował Anderson. Dziś czuł się już dostatecznie zrównany z ziemią przez młodego detektywa. Och, jakżeby pragnął, aby ktoś utarł gówniarzowi nosa! — Nie wiedziałem, że kluby mają własnych lekarzy

— Bo nie mają. To jedyny wyjątek. Mam tam parę znajomych — mruknął. — Chociaż nazwa tego miejsca jest bardziej niż ordynarna, moje koleżanki z chęcią nam pomogą. Jedziesz ze mną? Ktoś musi pokazać plakietkę policyjną, kiedy przyjdzie co do czego.

— — —

Kiedy wysiedli z czarnego mercedesa Harry'ego, padał deszcz. Wciąż. James żałował, że nie zabrał ze sobą parasola. Harry oczywiście nie był skłonny by podzielić się własnym. Nazwa klubu nocnego nachalnie rzucała się w oczy. Anderson skrzywił się ze wstrętem, ale wszedł do środka za Blackiem.

— Witaj, Harrisonie — usłyszeli od strony baru. Siedziała na nim czarnowłosa, piękna kobieta o dzikim spojrzeniu. Założyła nogę na nogę, jakby czekała na Blacka. Obok niej na tymże barze tańczyły trzy dziewczyny w wieku pogimnazjalnym.

Zeskoczyła z blatu.

— Ciebie też miło widzieć, Mace — rzekł sztywno Harry i pozwolił, aby mulatka położyła ramię i głowę na jego barku z przebiegłym uśmiechem. Nie do końca podobało mu się, że robiła to półnago, ale zdążył się przyzwyczaić, że w tym miejscu za informacje płaci się stopniem nieprzyjemności.

— A kimże jest kolega naszego Einsteina?

— James — podał kobiecie rękę, nim zdążyła się na nim uwiesić, i uśmiechnął się nerwowo.

— Czego potrzebujesz, Harrisonie?

— Harry — znów musiał kogoś poprawiać.

Mace zachichotała i poprowadziła ich do drzwi.

— Szukamy waszego lekarza. Gdzie on jest? — zapytał Anderson.

— Z pewnością nie tutaj

Lekarza nie było albo kobieta kłamała. Nie, nie kłamała. Chyba, że Black też kłamał. Harry widział prawdę w oczach ludzi, więc albo mówili prawdę, albo on się pomylił, albo ktoś kłamał. O matko, pogubił się w tym!

— Będę tu codziennie pytał o Basedowa — powiedział Harry i wzruszył ramionami.

— Skąd wiesz, jak się nazywa?

— Widziałem jego recepty na grzybki halucynki — rzekł i uroczo się uśmiechnął. — Muszę zobaczyć jego gabinet. — Sugestywnie spojrzał na mulatkę, a ona niepewnie sięgnęła za ladę baru i podała mu mały kluczyk.

— Przy końcu korytarza.

— — —

...Harry, proszę, wróć do nas.

Hermiona

Mężczyzna zmiął długi list pisany ozdobnym atramentem i wyrzucił go prosto w buchające gorącem palenisko. Nie zamierzał wracać. Nigdy! Voldemort mógł go przyciągać w stronę wysp, ale Harry potrafił oprzeć się pragnieniu konfrontacji z mężczyzną. Nie przeżyłby tego.

Tak strasznie, strasznie chciałby sięgnąć w głąb umysłu Czarnego Pana, rozpracować go, rozłożyć na czynniki pierwsze, tak, jak robił to z innymi mordercami-psychopatami. Był w tym dobry. Ba, najlepszy! Ale nie potrafił zrozumieć, jak myślał ten czerwonooki mężczyzna. I właśnie to go przerażało.

Przegonił brązową sowę przyjaciółki i głośno zatrzasnął okno. Jego wzrok przyciągnęła drewniana urna, która jak zwykle stała na marmurowym gzymsie kominka. Pochwycił ją i powoli otworzył. W środku spoczywał długi patyk z ostrokrzewi.

Zamknął je i odłożył na miejsce. Od trzech lat nie miał swojej różdżki w ręku. Od trzech lat mieszkał w Australii i od trzech lat dzień w dzień odsyłał listy od dawnych przyjaciół.

Szybko porzucił napływające mu do głowy wspomnienia. Miał sprawę seryjnego mordercy i chciałby rozwiązać ją przed weekendem. Może nawet dałby radę wyciągnąć Jamesa do teatru? Zachichotał. Tak ciężko było mu nazywać kogoś imieniem zmarłego ojca. Przez długi czas mówił na niego wyłącznie Anderson.

Nagle rozbrzmiał głośny dźwięk telefonu. Mace.

Odebrał, podchodząc do wyjścia.

— Jest Viktor, przyjeżdżaj. Nie zostanie tu długo.

Harrison wypadł z domu z ledwie zarzuconym na ramiona płaszczem, krzywo założoną czapką i szalikiem w ręku. Odpalił mercedesa i ruszył z piskiem opon po mokrej drodze. Deszcz nadal lał i nie zapowiadało się na nagłą zmianę pogody.

Jazda dobrymi samochodami po najgorszej ulicy wychodziła mu niemal tak dobrze, jak tropienie morderców. Wjechał w większą kałużę i uświnił brudną, sydneyowską wodą grupkę przechodzących dziewczyn.

Pod klubem nocnym był kilka minut później.

Pobieżnie przywitał się z Mace.

— Wiedziałem, że niedługo wróci — rzekł, przyspieszając kroku.

— Poznałeś to po jego drzwiach czy niewidocznych odciskach palców? — zakpiła kobieta, opierając się o wysoki bar.

— Nie. Trzy dni temu w jego gabinecie była niedopita kawa. Brak śladów walki, więc tej walki nie było. Skoro kawa została porzucona, musiało wydarzyć się coś bardziej interesującego od niej. Zdążyła się zasmrodzić, a on jej nie wylał. To oznacza, że od co najmniej sześciu dni nie było go w gabinecie, a więc ktoś musiał mieć do niego sprawę. Jednak zostawił na wierzchu istotne i potrzebne lekarzowi dokumenty tak samo, jak zostawił zdjęcia rodziny. W jego torbie znalazłem dwa bilety na Indian Pacific**. Wyjeżdża dzisiaj. — Popchnął drzwi do gabinetu. — Proszę, proszę... Czy to nie Viktor Basedow?

Mężczyzna pakował się wielkim pośpiechu, wrzucając do torby potrzebne rzeczy. Z przerażeniem spojrzał na Blacka, który wyciągnął i odbezpieczył pistolet, celując lufą prosto pomiędzy oczy mężczyzny.

— Znasz moje imię — zaczął mężczyzna, cofając się powoli. — Kim jesteś?

— To przyjaciel — wtrąciła się Mace, ze zdziwieniem patrząc na agresywne zachowanie Harry'ego. — Harrison...

— Harry.

— Harry — powtórzyła z irytacją. — Harry Black.

— Przechodząc do rzeczy, Basedow, jesteś oskarżony o zabójstwo trójki ludzi. Co wiesz o Angelinie Volpe?

*kwas barbiturowy - substancja wykorzystywana w mocnych proszkach nasennych

**Indian Pacific - pociąg, który przemierza trasę od Sydney do Perth. Jest bardzu luksusowy.