Harry przeniósł wzrok na jego ubranie. Nie miał żony — brak obrączki — ale pachniał kobietą. Jego ubrania były idealnie wyprasowane — nie mogła to być przelotna kochanka. Takie nie prasują ubrań. Zaniedbywał paznokcie — żył w ciągłym stresie.
Ruda sierść na nogawkach i czarna na marynarce — dwa koty. Małe koty.
— Czego ode mnie chcesz?
— Zadałem pytanie — rzekł zimno Harry. — Nie obchodzi mnie, czy na nie odpowiesz, jednak sądzę, że współpraca jest dla ciebie bardziej opłacalna — Na moment uśmiechnął się szeroko i trochę głupkowato, po czym na jego twarz wróciła nieprzenikniona maska.
Mace stała z tyłu, wspierając się rękami o biodra. Jej ciemne oczy uważnie śledziły całą rozmowę i Harry miał nieprzyjemne wrażenie, jakby był obdarty z całej prywatności. Och, jakże nienawidził pracować pod czyjąś kontrolą! Najchętniej wyrzuciłby kobietę za drzwi, by mieć swą ofiarę tylko dla siebie.
— Angelina Volpe? — wychrypiał Basedow. Jego torba wyśliznęła mu się z rąk i z hukiem upadła na ziemię.
— Widzę, że pamięć cię nie zawodzi — zakpił. — Pokaż. — Szarpnął lufą w stronę torby, która upadła na ziemię.
Basedow nerwowo przesuwał spojrzeniem od wycelowanego w siebie pistoletu do bagażu. Padł na kolana, powodując, że podłoga i meble zadrżały. Mace odepchnęła się od ściany i skrzywiła z niesmakiem, ale Harry pozostał niewzruszony.
Lekarz wysypał całą zawartość torby i wycofał się jak najdalej od pistoletu.
— Zapomniałeś nam o czymś opowiedzieć — skomentował Black nie opuszczając broni, ale przyglądając się porozrzucanym przedmiotom. Nie było wśród nich nic, co mogłoby dać im jakąś wskazówkę. Jedynie rzeczy codziennego użytku i pieniądze.
W głowie młodego mężczyzny zaczął się kreślić cały życiorys lekarza, począwszy od młodych lat, kiedy koledzy wyśmiewali się z jego otyłości — nietrudno było mu zauważyć, jak mężczyzna stara się zasłonić swój wielki brzuch zbyt szerokimi ubraniami — skończywszy na chwili obecnej.
— Kto ci to zlecił?
— C-Co takiego?
Harry przypatrzył mu się bardzo uważnie i zmrużył oczy. Po chwili odwrócił się i wcisnął pistolet w ręce Mace.
— Wyduś to z niego.
— Nie jestem twoją dziewczynką na posyłki — warknęła, ale nic nie dodała, tylko zastąpiła Harry'ego.
Tymczasem młodzieniec zadzwonił do swojego wieloletniego przyjaciela ze szczęśliwą, choć nie dla wszystkich pomyślną nowiną. Kiedy mężczyzna po drugiej stronie odebrał, jego oddech był ciężki i bardzo przyspieszony. Łapał głośne hausty powietrza, ledwo mówił.
— James, skończ się zabawiać z małolatą i przyjeżdżaj tutaj natychmiast! — warknął detektyw, spoglądając w kierunku Basedowa, który zapewne wszystko wyśpiewał byłej agentce CIA.
— Skąd wiesz... — wydukał do telefonu zdziwiony mężczyzna, niewątpliwie spoglądając teraz na dziewczynę, która powinna leżeć albo wręcz wić się na łóżku. Nagle sygnał się urwał — Harrison! Harrison! Harry! Kurwa, dlaczego zawsze w takich chwilach!
Black uśmiechnął się z satysfakcją do telefonu, mając pełną świadomość, że jest okropnym draniem. Po chwili schował go w głębi płaszcza. Wrócił do Mace i swojego mordercy.
— Powiedział coś? — zagadnął. Jego wzrok mimowolnie skierował się w kierunku sztyletu, który kobieta wyciągnęła po prostu znikąd.
— Pracuję nad tym. Jeżeli chcesz się napić, to w barze coś znajdziesz — poinstruowała go, nie patrząc w stronę Harry'ego, tylko powoli przykładając lufę pistoletu do skroni lekarza.
Kiedy Anglik odszedł od niej, był pewien, że słyszy błaganie Viktora o litość. Idiota, przecież go nie zabiją!
Zatrzasnął za sobą drzwi do gabinetu, przechodząc do głośnej sali, w której wrzało jak w ulu. Harry warknął ze złością, słysząc przeraźliwie głośną muzykę i tracąc widoczność przez kolorowe światła i całe tłumy młodych ludzi.
Nalał sobie obfity kufel piwa i uniósł go do ust. W niczym nie przypominało tego kremowego, które cieszyło się powodzeniem w jego latach szkolnych. Oparł się o bar, przeczesując spojrzeniem wszystkich gości. Powinni być dla niego bardzo bliskimi osobami. Po jednym rzucie oka wiedział o nich wszystko. Po prostu wszystko, a żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy.
Czasem bawił go ten całkowity brak świadomości, że właśnie są okradani z całego swojego życia. Tylko czasem, ponieważ w większości przypadków był zbyt zirytowany społeczeństwem, aby czerpać jakąkolwiek przyjemność ze swoich wniosków.
Kobieta w czarnej, koronkowej bluzce po jego lewej pocierała obrączkę. Była mężatką od niedawna i nie przyzwyczaiła się do jej obecności. Mocny makijaż i zmęczone spojrzenie świadczyły o niewielkiej ilości snu. Musiała mieć naprawdę ogniste małżeństwo.
Mężczyzna po lewej — szczupły, atletyczna budowa. Luźno zawiązany krawat, wystający z kieszeni, wypchany portfel. Casanova, który próbował podbić serca czterech dziewczyn w ciągu ostatnich dwóch minut. Rozpieszczony synek bogatej mamusi, który nigdy nie skalał rąk pracą.
Harry potrafił przejrzeć wszystkich. Wgłębiał się w problemy wewnętrzne tych ludzi i obdzierał ich z całej prywatności. Dawniej były czasy, kiedy Mace błagała go, aby postarał się o pracę w tajnych służbach, od których odeszła. Jego umysł był niezaprzeczalnie genialny i ostry jak brzytwa. Mógł zachwycić nim wiele osób, a jeszcze więcej przerazić. Ludzie nie lubili tych przesadnie inteligentnych. Uważali ich za potworów. I znów na myśl przychodziła Harry'emu ta plaga społeczeństwa, która szerzyła się wśród tych w domyśle najmądrzejszych stworzeń na świecie. Hipokryzja.
Ach, jakże on nienawidził hipokryzji. Odkąd pamiętał, tępił ją z całych sił. Może to dlatego nigdy nie był zainteresowany przyłączeniem się do półkrwi czarodzieja, który mordował podobnych sobie, tłumacząc to wyższymi ideałami?
Jednak kiedy tak patrzył w tłum i obdzierał tych ludzi z ich warstw, z ich masek i person, za którymi kryli swoje małe, poskręcane i nędzne „ja", czuł ogromną satysfakcję. Satysfakcję, nie radość. Nawet bez pałacu myśli jego umysł nadal był w stanie czynić to wszystko, co dla większość tych ograniczonych kretynów było, jest i pozostanie nieosiągalne. Nawet bez niego, jego umysł wciąż pozostawał tym najlepszym.
— Harrisonie — usłyszał, a w następnej chwili ktoś potrząsnął go za ramię. — Harrisonie!
— Harry — mruknął. — Miło, że wreszcie raczyłeś porzucić przyziemne przyjemności i skupić się na naszym problemie — rzekł, unosząc brwi. Przed chwilą oderwał się od rzeczywistości, zamykając w swoim umyśle. Nie był to pierwszy raz, kiedy za bardzo skupiał się na swoich obserwacjach. Tak bardzo, że przestawał zauważać świat doczesny. — Morderstwo — dodał, wyraźnie akcentując każdą sylabę.
Ale Anderson nie ruszył się ani o krok, ze zmartwieniem spoglądając na przyjaciela.
— Harrisonie... Harry. Wszystko gra?
— James, do diabła, przesłuchaj podejrzanego i zostaw mnie w spokoju — warknął, czując, że jego głowa pęka na wskroś. Nie powinien jeszcze po to sięgać. Było dla niego za wcześnie.
Nawet po tylu latach...
— Nie zachowujesz się normalnie. Dać ci wody? — Głos Jamesa dobiegł do niego jakby zza grubej, szklanej szyby.
Kurczowo chwycił się blatu za sobą, kiedy zaczęło mu się kręcić w głowie.
— To tylko migrena — mruknął i chwycił kufel piwa, pociągając z niego zdrowego łyka. — Idź.
Otarł usta wierzchem nadgarstka i warknął ze złością, kiedy James nie ruszył się ani o jotę pomimo jego usilnych próśb. Z hukiem odstawił szklane naczynie, powodując, że kilka głów odwróciło się w jego stronę, i ruszył do Mace.
Kobieta z policjantem skinęli sobie sztywno głowami. Mace polerowała swój ulubiony sztylet — Harry wiedział, że tak naprawdę to ostrze bardzo rzadko było oblane ludzką krwią. Mulatka częściej używała go zamiast rzutki do tarczy. Pod tym względem przypominała fachowego snajpera sztyletów — zawsze trafiała w sam środek.
Viktor już nawet nie stał, tylko kulił się przy biurku, drżąc na całym ciele z przerażenia. Black poruszył nozdrzami z grymasem obrzydzenia na zazwyczaj wypranej z emocji twarzy. Uniósł brwi, kiedy lekarz zaczął powoli podnosić się z ziemi.
— Na twoim miejscu bym się nie ruszał.
— Nie szukacie jednej osoby, ale wszystkie z nich są tutaj stałymi bywalcami. On — wskazała na Basedowa — nie zna ich nazwisk. Poza tym trzęsie się jak galareta i powinnam wywalić go stąd na zbity pysk już kilka miesięcy temu.
Harry przykucnął przed mężczyzną, patrząc mu w oczy z lodowatym chłodem. Z jego postawy biła arogancja i pełna pogarda. Nienawidził ludzi, którzy nie potrafili zachowywać się godnie do swojego statusu najmądrzejszego stworzenia na świecie i kulili się u stóp innych. Żałosne.
— Wiem, że jesteś całkowicie spłukany i potrzebujesz pieniędzy. Tak samo jak wiem, że kłamiesz i dobrze znasz swoich zleceniodawców. To stali bywalcy w tym klubie, prawda?
— Jak ty to... — zająknął się Basedow, przyciskając do piersi prawą rękę.
Harry uśmiechnął się złośliwie.
— A więc jednak ich znasz. Dziękuję — rzekł z satysfakcją. — Anderson! Reszta należy do ciebie.
Mężczyzna wykorzystać ostatnią drogę ucieczki przez okno, ale był zbyt opasły i powolny, aby choćby przeskoczyć przez biurko. Mace zareagowała zanim którykolwiek z mężczyzn zauważył, co się święci. Chwyciła marynarkę lekarza i pociągnęła go do tyłu, podstawiając mu nogę.
Basedow runął na podłogę, a kobieta z pełnym samozadowolenia uśmiechem położyła stopę odzianą w dziesięciocentymetrową szpilkę na jego policzku.
James szybko udaremnił mężczyźnie następną próbę ucieczki. Zgodnie z procedurą skuł go w kajdanki, po czym wyprowadził.
— Masz dobry refleks. Szybko reagujesz — mruknął Harry, kiedy Andersona i mordercy już nie było.
— Dzięki. Te zbrodnie... — mruknęła kobieta, niby przypadkowo przesuwając palcami po płaskim, odkrytym brzuchu. — Wiesz, że były niemal idealne?
Harrison zachowywał się, jakby wcale jej nie słyszał. Przykucnął przy rzeczach, które Basedow wysypał z torby. Chwycił jeden z biletów na pociąg i przyjrzał mu się w zamyśleniu. Przez chwilę nic nie mówił, analizując wszystko, czego się dowiedział podczas ostatniej godziny.
Był wdzięczny Mace, że nie przerywała mu podczas wyciągania wniosku, tylko spokojnie czekała. To właśnie odróżniało ją od Jamesa. Wiedziała, kiedy należy zamilknąć i dać Harry'emu pracować w spokoju. Nauczyło ją tego samo gorzkie, ciężkie życie.
Black westchnął po chwili i wziął jeden z biletów.
— On nie był typem seryjnego mordercy. — Jeszcze raz westchnął. — Ale te zbrodnie... Muszę przyznać, że były bardzo pomysłowe — zakpił, bawiąc się kartką.
Anderson po chwili wrócił, nosząc na twarzy ciężki, ostry wyraz. Zawsze przywdziewał rolę twardego, dumnego policjanta, kiedy badali sprawę.
— Przez ten tydzień uda nam się ustalić pełen portret psychologiczny wszystkich zleceniodawców — rzekł do Harry'ego. Uniósł nieistniejący kapelusz w stronę Mace i pospiesznym krokiem wyszedł z baru, aby odwieźć podejrzanego na przesłuchanie. Oczywiście policja i syrena szybko przyciągnęły uwagę na wszystkich zamieszanych w tę sytuację.
— James! — krzyknął za nim Harry.
— Tak?
— Naprawdę sądzisz, że zostawienie obcej kobiety w swoim domu było rozsądne?
James rozdziawił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa. Na jego twarzy pojawił się twardy, wściekły grymas. Poprawił swoją policyjną odznakę i ruszył przez bar, odprowadzony wzrokiem ciekawskich gapiów.
— Jaki wzorowy pan policjant — zachichotała mulatka, owijając swoje szczupłe ręce dookoła torsu Harry'ego. Położyła swój podbródek na jego ramieniu, kiedy mężczyzna nadal się nie poruszył. — Długo się znacie?
— Niewiele krócej, niż z tobą — odparł. — Dasz się zaprosić na kolację? Ostatnio mam coraz mniej okazji, żeby spotkać się ze starymi znajomymi.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko, jakby tylko na to czekała przez cały pełen pracy dzień.
— Pod warunkiem, że nie będziesz mnie analizował. Masz wyłączyć dedukcję.
— Nie da się wyłączyć inteligencji — westchnął. — Chociaż gdy patrzę na niektóre osoby — dodał, ukradkowo zerkając na gości, którzy, otrząsnąwszy się ze zdziwienia niecodzienną sytuacją, bawili się w przeróżny sposób na parkiecie, tańcząc i skacząc w rytm głośnej muzyki — to zastanawiam się, czy to na pewno jest niemożliwe.
Uśmiech Mace jeszcze się poszerzył. Młody detektyw mógł być prawdziwym draniem. No i był. Zupełnie pozbawionym empatii. Właściwie do tej pory nie wiedziała, dlaczego. Im dłużej go znała, tym bardziej wyprany z emocji się jej wydawał. Jakby z każdym dniem tracił jakąś część siebie, jakiś entuzjazm i chęć do życia. Gdyby nie mordercy, których śledził, z pewnością popadłby w depresję. Dlatego mulatka była gotowa w każdej chwili odświeżyć swój stary sprzęt i dostarczyć mu rozrywki, aby jej przyjaciel wciąż mógł się zajmować tym, co tak bardzo lubi.
Całe szczęście póki co nie była do tego zmuszona.
Wsiadła na miejsce pasażera w przednim siedzeniu. Lubiła mercedesa Harry'ego, ale nie miała pojęcia, jak mężczyzna na niego zarobił. W końcu James nie wypłacał mu pensji za rozwiązywanie spraw, mimo iż młodzieniec w pełni na to zasługiwał. Bez niego sydneyowska policja byłaby w czarnej dupie. W końcu ruszyli z miejsca, a kobieta zrelaksowała się w fotelu.
— Przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo lubię z tobą jeździć — powiedziała, szczerząc się od ucha do ucha, kiedy nabierali prędkości.
— Jesteś niezdrowo uzależniona od adrenaliny — oto powód, dla którego w ogóle się ze mną zadajesz.
Wyjechali na ulicę Króla. Mace włączyła radio, uśmiechając się od ucha do ucha.
— Opowiedz mi o tym policjancie — mruknęła, przygryzając wargę. James ją zainteresował, ale zdecydowanie nie w kontekście przyjacielskim. Chciała ukryć swoje podświadome zdenerwowanie — dlatego przygryzała wargę i skubała skórki dookoła swoich zadbanych paznokci — nigdy tego nie robiła.
Harry uśmiechnął się pod nosem.
— Z pewnością do siebie pasuje... — Przerwało mu mocne uderzenie w ramię. — Uważaj, kieruję — warknął, kiedy jego lewe ramię zsunęło się z kierownicy na skutek uderzenia.
Skręcił w ulicę królowej Elżbiety i dojechał nią do swojego domu na Bend Street.
Mace wzięła klucze, aby otworzyć drzwi. Harry musiał jeszcze dobrze zaparkować, a jako mądry człowiek wiedział, że z życia najważniejsza jest każda sekunda, dlatego wolał trochę zaoszczędzić na czasie.
Wiedział, że jego przyjaciółka jest dość wścibska, ale nie miał nic do ukrycia. Szkatułka z jego różdżką była zabezpieczona w taki sposób, by tylko on mógł ją otworzyć. Inne rzeczy, które przypominały mu o magicznej przeszłości, były albo dawno spalone (jak jego szkolne podręczniki i wszystkie czarodziejskie szaty), albo oddane komuś innemu (chociażby Mapa Huncwotów), albo ukryte gdzieś głęboko w piwnicy (nie potrafił rozstać się z peleryną niewidką).
— Nie wiedziałam, że interesujesz się biologią — usłyszał, kiedy tylko przekroczył próg własnego domu i zamknął za sobą drzwi. Mace już się u niego rozgościła — to nie była jej pierwsza wizyta.
Oglądała jego nowe książki, które ostatnio kupił. Chemia i biologia były zbyt potrzebne w jego pracy, aby nadal pozostawał całkowitym ignorantem w tej sprawie.
— Masz herbatę? — zapytała.
— Zrobię ci zieloną.
— Tylko bez cukru! — dodała mulatka, rozkładając się na brązowej, skórzanej kanapie Harry'ego i umieszczając stopy na małym stoliku naprzeciwko niej. Black miał bardzo przytulny salonik, urządzony na styl starej, angielskiej mody. Brązowe, skórzane obicia kanapy i dwóch foteli dookoła stołu nadawały pomieszczeniu naturalności. Naprzeciwko nim zbudowano kamienny kominek, w którym zawsze było drewno — ilekroć Mace by nie gościła u przyjaciela.
Cały dom Harry'ego był czymś zagracony. Mężczyzna nie lubił sprzątać i z pewnością tego nie robił. Akurat w tym obydwoje się doskonale rozumieli, a kobieta w mieszkaniu Anglika czuła się jak u siebie w domu.
— Przecież wiem, że słodzisz jedną płaską — mruknął rozbawiony młodzieniec, ale spełnił żądanie kobiety.
— Miałeś mnie nie analizować! — ryknęła Mace, odwracając się gwałtownie.
Harry pewnie by się tylko uśmiechnął i przyniósł kobiecie pożądany napój, ale akurat ten moment wybrała sobie brązowa sowa, aby wlecieć przez uchylone okno w salonie. Zostawiła list i poleciała prosto do czarodzieja, oczywiście chcąc dostać jakiś smakołyk lub chociaż wodę.
— To twoja sowa? — zapytała niemrawo kobieta, przyglądając się ptaku, który przysiadł sobie na ramieniu mężczyzny. Harry podał wreszcie herbatę przyjaciółce. — Trzymasz w domu dziwne zwierzęta.
— Wiem. Co dla mnie masz, mała? — zapytał, dobrze wiedząc, że sowa przyniosła mu list od Hermiony. Miał ich naprawdę dość. Jeszcze przez pierwsze dwa lata na nie odpisywał, potem robił to coraz rzadziej, rzadziej, aż wreszcie nie odpisywał wcale. Bywały też takie dni, podczas których nie miał ochoty nawet ich otwierać i czytać. Czasem się zmuszał, a czasem rzucał nietknięte wiadomości do ognia.
Dziś by jeden z tych gorszych dni.
Nie wróci do magicznej Anglii. Nigdy.
Pogłaskał zmęczonego ptaka i pozwolił mu wyfrunąć. Nie miał pojęcia, jak czarodzieje hodowali sowy, skoro potrafiły przemierzyć dystans Anglia — Australia w nie więcej niż tydzień.
Pamiętał swoją starą sowę śnieżną. Była piękna. I zawsze miała czyste pióra. Ale później zginęła, zagryziona przez olbrzymiego węża. Nigdy do końca nie pogodził się z jej stratą.
Otrząsnął się ze wspomnień, kiedy do pokoju wleciał drugi ptak. Tym razem nie była to sowa, a czarny, ogromny kruk. Mace aż wstała z kanapy i szybko podeszła do zwierzęcia, przyglądając mu się z fascynacją.
— To twój nowy ptasi podopieczny? — zapytała, wyczuwając, że to nie jest najłagodniejsze zwierzę.
— Nie należy do mnie — odparł Harry, wypuszczając płomykówkę na zewnątrz. Podszedł do kruka. — Nigdy nie widziałem, by ktokolwiek używał kruka do przesyłania wiadomości. To ciekawe...
Od kogo...? Przymknął oczy, masując swoje skronie. Ptak nie przyniósł listu, nie. W jego dziobie znajdowało się tylko zdjęcie, a do chudej nóżki przywiązano mały, aksamitny, czerwony woreczek. Czy zdjęcie albo zawartość tego woreczka mogły być świstoklikiem? Och, oczywiście, że mogły!
— Jest śliczny — rzekła kobieta, podziwiając kruka. — To czarne upierzenie, oczy, masywne skrzydła... Popatrz, jak lśni w blasku lampy. I wcale się nie boi. Myślisz, że jego właściciel się obrazi, jeżeli go na trochę zarekwiruję? — zapytała z chytrym uśmiechem.
— Myślę, że tak. Jest mu potrzebny do kontaktowania się ze światem.
— Twoi znajomi są dziwni. Nie mają telefonów?
Harry zignorował ją, skupiając się znów na przybyszu.
Kruk nie należał do Hermiony.
Do Rona również nie, niby skąd.
Severus? Nie. Chociaż ptak do niego dobrze pasował, to jednak nie sądził, aby starszy mężczyzna chciał mieć z nim do czynienia, kiedy swoim wyjazdem tak gwałtownie zerwał dopiero co nawiązaną przyjaźń z nim. Kruk nie mógł być jego. Po prostu nie mógł. I nie był.
A więc Remus? Nimfadora?
Może Narcyza Malfoy albo jej syn — Draco?
Albo...
Serce Harry'ego podeszło do gardła, kiedy drżącą ręką wyciągnął z dzioba niewielkie zdjęcie zrobione starym aparatem, którego wciąż musieli używać czarodzieje, aby móc sprawić, by zdjęcia się poruszały.
Kruczy krzyk wypełnił pokój, kiedy zwierzę rozwarło swój masywny, olbrzymi, czarny dziób, wpatrując się bezdennym, przerażającym spojrzeniem w Blacka.
Zwłoki. Zmasakrowane zwłoki. Sprawca oszczędził tylko twarz nieszczęśnika, przez co wszystko wyglądało jeszcze bardziej groteskowo. Rude włosy i znajoma, poczciwa twarz obsypana piegami spowodowały, że w oczach Blacka pojawiła się panika.
— Pan Weasley — szepnął młody mężczyzna. Jego dłonie drżały, a zawsze spokojny i pewny swego głos zaczynał się załamywać.
Nie, nie, nie, nie, nie! Nie będzie znów przez to przechodził!
— Nie ma pieprzonej mowy — wymamrotał rozpaczliwie. — To się nie dzieje...
Klatkę piersiową trupa zdobił wielki Mroczny Znak, ciągnący się od obojczyka, aż do głębokiej dziury w brzuchu. Z pewnością nie był tatuażem. Harry potrafił rozpoznać oparzenia. Skóra została dosłownie naznaczona rozgrzanym do białości piętnem o tym kształcie.
— Harrisonie? — Głos Mace był stłumiony jakby dobiegał do niego zza grubego szkła. Czuł, że kręci mu się w głowie. — Harr...
To był bardzo, bardzo zły dzień.
— Nie — tchnął, jakby to słowo miało rozbić całą rzeczywistość i udowodnić, że to tylko wymysł jego fantazji.
W końcu powoli odwrócił zdjęcie, bojąc się tego, co jeszcze na nim znajdzie.
Trzy lata, mój Wybrańcze.
Czy to nie dość, aby poukładać swoje myśli?
Pamiętasz naszą grę, Słońce? Nie mogłem się doczekać, byś znów rzucił kostką. Myślę, że już czas na Twój ruch, Harry.
Informacje potrafią ratować życie — nigdy o tym nie zapominaj. Mam nadzieję, że będziesz się bawił tak dobrze, jak ja.
Powodzenia.
________________________
Mam nadzieję, że ten rozdział nie jest tak tragiczny, jak ja go widzę, ponieważ żebym była w pełni zadowolona, to nie mogę powiedzieć. Ale sama w takie bagno wdepnęłam, pisząc taką, a nie inną, fabułę w poprzednim rozdziale. Cóż, w kryminałach najwyraźniej muszę się jeszcze nieźle podciągnąć, ale obiecuję, że niedługo z pewnością się poprawię :).