sobota, 27 stycznia 2018

Rozdział 1

— Panie Black? — usłyszał Harry, kiedy leniwie odebrał telefon od swojego namolnego znajomego.

— Tak, James? — zwrócił się do mężczyzny z drugiej strony. Gestem i lekkim uśmiechem odmówił herbaty, która została mu zaproponowana przez jego gościa, który buszował po kuchni. Założył nogę na nogę, po głosie Jamesa wiedząc, że zostanie poinformowany o czymś interesującym.

— Mamy sprawę, Harrison.

— Harry — poprawił go pomocnie Brytyjczyk. Jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić do dziwnej maniery Australijczyków nazywania go tym durnym, wyolbrzymionym przedłużeniem.

— Harry — powtórzył James z nieukrywaną kpiną. To słowo nieumiejętnie leżało na jego języku, tak jakby nie mógł go wymówić. — Oczywiście, Angliczku — zaśpiewał Anderson.

— Dzwonisz po to, by wyśmiać moje pochodzenie, czy masz coś nieco bardziej produktywnego? — Harry wstał i szybko, nie odrywając się od telefonu, podszedł do kobiety, która stała przy blacie kuchennym i wpatrywała się za okno.

— Tak myślałem, że zainteresuję mojego najlepszego detektywa...

— Do rzeczy, Anderson. — Przyłożył usta do skóry na szyi Isabel Swann, młodszej od siebie dziewczyny z prowincji. Nie przeszkadzał jej kochanek rozmawiający przez telefon, o ile otrzymywała od niego choć trochę uwagi.

Nagle oderwał się od oburzonej nagłym porzuceniem Brytyjki. Przytrzymując telefon lewym ramieniem, w podskokach przemierzył salon i dotarł do wieszaka ze swoim ciemnoszarym płaszczem. Za oknem już dawno błyszczały gwiazdy na przerażająco czarnym niebie, ale deszcz lał się jak z rozdartej chmury.

— Harry! — zakrzyknęła miękko jego kochanka, ale mężczyzna słuchał tylko Jamesa.

— Seryjny morderca, znowu. To coś dla ciebie, Black?

— Poprzednie ofiary? — zapytał, szybko chwytając czarny parasol.

— Gdzie idziesz, kochanie? Otworzyłam dla nas czerwone wino! — usłyszał głos pełen wyrzutu głos, ale zupełnie go zignorował. Dbał tylko o jedną kochankę, a nazywała się ona „sprawa". Czasem zmieniała swe imię na „problem" lub „zagadka", lecz nigdy nie nazwałby swej ukochanej „Bellą". Dlatego kiedy James przestał dzielić się z nim najciekawszymi aspektami nowej kochanki, popatrzył na pannę Swann, jakby widział ją pierwszy raz w życiu i rzekł neutralnym tonem, wskazując wyjście:

— Zrobiło się już późno. Wybacz, że cię nie odwiozę, ale mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż użeranie się z rozemocjonowanymi dziewczynkami.

— O! Ty...! Kh... — Izabel nie mogła złapać powietrza, więc zarzuciła swoimi pomarańczowymi, zlokowanymi na styl barokowy włosami i dumnie wyszła z jego kamienicy.

Harry nie tracił czasu. Zbiegł zaraz za nią i wbiegł do samochodu. Nie potrafił się przyzwyczaić do rozregulowanej i deszczowej pogody Australii w samym środku sierpnia.

— — —

— Przez telefon nie byłeś zbyt rozmowny — rzekł nagle, z rozbawieniem dostrzegając nerwową reakcję Jamesa. — To ona? — zapytał, lekko szturchając lakierowanym, czarnym skórzanym butem sztywne, drętwe ciało kobiety w młodym wieku, z czarnymi włosami i wąskimi ustami. — Nie jest zbyt rozmowna. Powiedz mi, jak zginęła. Może jej morderca będzie bardziej interesujący — mruknął.

— Zawsze zakładasz, że morderca to mężczyzna, Harrisonie?

— Harry — poprawił go automatycznie. Spojrzał uważnie na trupa i dodał: — Nie. Nie zawsze. — Klęknął i pochylił się nad ofiarą, poruszając nozdrzami. — Tylko kiedy jest kobietą i czuję od niej tanie męskie perfumy. Rzuć mi rękawiczki.

James zmarszczył brwi, przypatrując się Harry'emu, który dokładnie obchodził czarnowłosą dookoła. Podniósł jej brwi i odsłonił zielone, matowe oczy, dokładnie się im przyglądając. Smukłe dłonie mężczyzny obleczone w rękawiczki szukały czegoś, co dałoby umysłowi Harry'ego jakiś punkt zaczepienia.

— I? — zapytał Anderson, kiedy Anglik milczał przez dłuższy czas.

— Morderstwo z zemsty — wywnioskował. James zamrugał, nie rozumiejąc. Harry westchnął i powstrzymał odruch przetarcia oczu ze zirytowania. W końcu miał na rękach rękawiczki, którymi dotykał trupa.

Ach, dlaczego ludzie nie potrafili myśleć logicznie? Chciałby... Chciałby kiedykolwiek spotkać kogoś, kto tak jak on mógłby szybko składać wszystko do jednej całości. Chciałby mieć partnera w prowadzeniu swoich spraw. Niestety otaczali go sami głupcy.

— Widzisz te ślady? — zapytał, pokazując tatuaż na lewym przedramieniu dziewczyny, dziewiętnastolatki na oko Harry'ego. Dokładnie naciskał palcem na oczy dwóch niebieskich skowronków, które się tam znajdowały.

— Jakie ślady? Harry?

Chłopak przewrócił oczami i przyciągnął Andersona bliżej.

— Te ślady — wycedził. Były tam. Ślady po wąskiej, cienkiej igiełce. Małe, ale nie tak małe, aby Harry ich nie wychwycił. Pomimo okularów był naprawdę wytrwałym obserwatorem. — Jest narkomanką. — Dotknął jej bransoletki wysadzanej diamentami, a później przeciągnął wzrok ku dłoni. — Bogatą narkomanką. I jest zaręczona. Nie ma obrączki, ale nosi pierścionek na lewej ręce, na serdecznym palcu. Skoro jest bogata, jej mąż też musi być bogaty, więc nie miałaby na sobie zapachu tanich, męskich perfum. — Harry zawiesił głos, po czym nagle wzruszył ramionami i kontynuował o wiele lżejszym tonem, lecz w taki sposób, jakby Jamesa tam nie było. — Jeżeli to nie jest jej dziwny fetysz — psikanie się wodą kolońską z osiedlowego — który namiętnie praktykuje, przepraszam, praktykowała — uśmiechnął się paskudnie — sypiała z młodszym kochankiem. A więc kto jest mordercą, panie Anderson? Zazdrosny niedoszły mąż, kumpel z branży czy może jeden z kochanków? — po raz pierwszy zwrócił się do drugiego mężczyzny.

James patrzył na niego z podziwem, ale i przestrachem.

— Jesteś jedyny w swym rodzaju, Black.

Harry wywrócił oczami.

— To nie narzeczony — westchnął. — Ani nie kochanek. Najbardziej podejrzewałbym kogoś z jej roboty. Patrz na jej ubranie. Czarna, skórzana kurtka trzy czwarte. Mało kieszeni na zewnątrz, rozkloszowana, wiele schowek od wewnątrz.

Harry sięgnął w głąb jej ubrań i wywinął kieszeń na drugą stronę. Wtedy posypał się z niej biały pyłek. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem.

— „Mąka". Tak często nosiła je w tej kurtce, że przez cały ten czas nagromadziła się w niej meta. Poza tym śmierdzi zgniłymi jajami.

— W takim razie wiesz już, kim konkretnie jest morderca?

— Nie — odrzekł Harry jeszcze zanim Anderson skończył pytanie. — Jeszcze nie. Daj mi dziesięć minut. To prosta zagadka.

Black przez chwilę wpatrywał się w nieruchome ciało, raz po raz oglądając to włosy, to skórę kobiety, aż w końcu wyprostował się ze zwycięskim uśmiechem.

— Pracowała w barze muzycznym przy The Royal Street. Zawodowo grała tam na gitarze. Blisko pracy musiała mieć salon kosmetyczny albo miała świetne umiejętności w robieniu paznokci, w co wątpię. Nie mogłaby zrobić prostych wzorów. Ręce narkomanów się trzęsą — dodał, kiedy zrozumiał, że James nie może nadążyć za jego szybkim myśleniem. — Oprócz tego ma rozbudowane ramiona, najbardziej barki. Jeżeli nie wyciskała na klatę pięćdziesięciu kilo dziennie, a jej pasją nie była wiatrówka, to lubiła poszarżować ze spluwą. Słowem; bar muzyczny przy The Royal Street.

Anderson parsknął i nerwowo się zaśmiał, rozkładając ręce i kierując wzrok ku górze. Harry uniósł jedną brew i spojrzał na niego z dezaprobatą.

— Nie mogę w to uwierzyć — rzekł Australijczyk zdławionym tonem. — Jak ty to robisz, Black?

— Myślę — wycedził po chwili. Był cholernie zły. Chociaż może słowo „zirytowany" byłoby trafniejsze? — James, do cholery, dlaczego nie wezwałeś mnie do poprzednich morderstw?

— Nie były jeszcze seryjnymi, a ty nie przyjechałbyś do pojedynczych morderstw.

Harry zaklął w duszy, niestety wiedząc, że Anderson ma rację. Nie ruszyłby tyłka z domu, żeby ścigać jakiegoś małego mordercę, który właściwie sam nie jest pewien, czy kogoś zabił. Kiedy w grę wchodzili inni, tacy, których rozszyfrowanie zajmowało mu nieco dłuższy czas... On zawsze był chętny. Czy to dlatego, że znał ich psychopatyczne zdolności do „gier" o ludzkie życie? Zapewne. Ale Harry sądził, że psychopaci po prostu go przyciągali. Kiedy rozmyślał nad tym, często się zastanawiał nad powrotem do Anglii, w której panoszył się największy psychopata, jakiego kiedykolwiek spotkał.

— Gdzie jest jej komórka? — zapytał nagle, jakby doznał olśnienia.

— Zabezpieczona, jak wszystko in...

— Głupiec — syknął Harry, ledwie panując nad wybuchem. — Każda brudna para rąk, która dotykała to ciało, wprowadziła jakieś zmiany, które mogą mnie naprowadzić na zły trop! Mówiłem ci, że nie mam zamiaru oglądać ciał po ingerencji tych twoich matołów. Daj. Mi. Jej. Telefon. Natychmiast.

Anderson skrzywił się, ponieważ młodszy mężczyzna właśnie mu rozkazywał, a on ten rozkaz ochoczo spełniał. Black jednak pomógł im zbyt wiele razy, aby teraz się mu sprzeciwił. Potrzebowali go.

Policja nie była nastawiona do Harry'ego pozytywnie. Nikt nie lubi, gdy robią z niego głupca, a ten dwudziestotrzylatek robił z nich dosłownie idiotów za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na miejsce zbrodni. Harrison był po prostu szczery i dość arogancki, ale James musiał przyznać mu w jednym rację: „Skoro ludzie chcą szczerości, mówię szczerze, że są głupi, ponieważ tak jest. W takim razie mają pretensje o to, że nie skłamałem. A jeżeli mają te pretensje, to znaczy, że lubią żyć w ułudzie i okłamywać samych siebie. To czyni z nich głupców". Ze swojej natury James odpowiadał zawsze, że ludzi odstrasza nie szczerość, tylko wyższość, z jaką Black ich traktował.

Zaś wtedy jego młodszy kolega zawsze odpowiadał mu grecką filozofią, którą namiętnie posługiwał się Neron w starożytnym Rzymie: „Władza skupiona na jednostce ma sens, o ile ta jednostka będzie posiadać intelekt wyższy, niż jej podwładni". Dokładnie tak mówił. Dlatego po pewnym czasie w ogóle przestali się o cokolwiek spierać (jeżeli chodzi o sprawy międzyludzkie) ale z czasem zaczęli dostrzegać argumenty drugiej strony. Albo przynajmniej Anderson zauważał racje Blacka.

— Dzięki — mruknął Harry i przeciągnął palcem po kranie telefonu.

— Czego szukasz?

— Ciekawych wiadomości, niezapisanych i zapisanych numerów. Później przeszukam Internet. Powiedz mi, jak się nazywa. —Trącił ciało czubkiem buta.

— Angelina Volpe.

— Volpe? To angielskie nazwisko? — zdziwił się Harry. Było... Niespotykane.

— Chyba angielskie.

— Dowód?

— Jaki znów dowód? — zapytał James. — Osobisty? — zapytał szybko, kiedy spoczęło na nim niedowierzające spojrzenie Harry'ego.

— Prosiłbym o inny?

— Zapewne nie. Alexandrze, przynieś dowód, jeżeli możesz! — zakrzyknął do jednego z młodszych członków ekipy. Alex wcisnął im małą plakietkę z plastiku i uciekł.

— Ojciec — Abercio — to Włoch. Matka — Sophie — anglojęzyczne. Cukrzyca? Była chora na cukrzycę. — Spojrzał na nią dokładnie. Wcisnął dowód w ręce Jamesa, po czym zrzucił rękawiczki i mocniej przewiązał płaszcz. — Zginęła przez przedawkowanie insuliny?

— Tak.

Harry wykrzywił wargi.

— Cudownie.

— A więc? — zapytał niecierpliwie James, stukając palcami w ramię. — Kto jest odpowiedzialny za trzy ostatnie morderstwa?

— Poprzedni miał problem z alkoholem? — upewnił się Harry. Nie chciał się pomylić w swojej diagnozie. — Chorował na coś?

— Na bezsenność.

— Niech no zgadnę — mruknął. — Sekcja wykazała, że w jego organizmie znajdował się nadmiar kwasu barbiturowego*?

— Niech no zgadnę — przedrzeźnił Blacka, zakładając ręce na piersi. — Oczywiście to wydedukowałeś?

— Oczywiście. Zastanów się, Anderson — zaczął. — Kto mógł znać tę dziewczynę i poprzednie ofiary? Wiedzieć, że miały problemy z używkami i jednocześnie chorowały na coś? Nie jesteś aż tak głupi, James, wiesz to. Osoba, której ufasz, która zawsze ma służyć ci pomocą. Nigdy byś nie pomyślał, że może cię skrzywdzić.

James zamrugał i odsunął się, kiedy intensywnie zielone oczy wpatrywały się w niego z niepokojącym błyskiem. Harry był przerażający, kiedy wreszcie dotarł do sedna sprawy.

— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, Harrison, ale proszę, żebyś przestał! Skończ się zabawiać i powiedz, kto ich zabił.

— Lekarz, idioto.

— Lekarz? — powtórzył niedowierzająco.

Harry lekceważąco zbył go ręką, prostując się i zaczynając krążyć po pokoju. W końcu ukląkł znów przy martwej i włożył dłoń pod jej kurtkę, poszukując dalej.

— Lekarz, medyk, nawet szaman, nazywaj sobie to, jak chcesz. Gdzieś tu musi być recepta... — mruknął, gorączkowo przeszukując kobietę. — Miała przy sobie torebkę?

— Tak, małą. Przynieść? — zaproponował. Harrison milczał, więc policjant posłał po torbę.

— Dzięki, ale nie trzeba. Mam to — pokazał Jamesowi małą karteczkę z receptą na środki przeciwbólowe i leczniczą marihuanę. — Viktor Basedow, z nazwiska Rosjanin. Lekarz w klubie Seven Seconds to Haven.

— Nie wiedziałem, że znasz takie miejsca — skomentował Anderson. Dziś czuł się już dostatecznie zrównany z ziemią przez młodego detektywa. Och, jakżeby pragnął, aby ktoś utarł gówniarzowi nosa! — Nie wiedziałem, że kluby mają własnych lekarzy

— Bo nie mają. To jedyny wyjątek. Mam tam parę znajomych — mruknął. — Chociaż nazwa tego miejsca jest bardziej niż ordynarna, moje koleżanki z chęcią nam pomogą. Jedziesz ze mną? Ktoś musi pokazać plakietkę policyjną, kiedy przyjdzie co do czego.

— — —

Kiedy wysiedli z czarnego mercedesa Harry'ego, padał deszcz. Wciąż. James żałował, że nie zabrał ze sobą parasola. Harry oczywiście nie był skłonny by podzielić się własnym. Nazwa klubu nocnego nachalnie rzucała się w oczy. Anderson skrzywił się ze wstrętem, ale wszedł do środka za Blackiem.

— Witaj, Harrisonie — usłyszeli od strony baru. Siedziała na nim czarnowłosa, piękna kobieta o dzikim spojrzeniu. Założyła nogę na nogę, jakby czekała na Blacka. Obok niej na tymże barze tańczyły trzy dziewczyny w wieku pogimnazjalnym.

Zeskoczyła z blatu.

— Ciebie też miło widzieć, Mace — rzekł sztywno Harry i pozwolił, aby mulatka położyła ramię i głowę na jego barku z przebiegłym uśmiechem. Nie do końca podobało mu się, że robiła to półnago, ale zdążył się przyzwyczaić, że w tym miejscu za informacje płaci się stopniem nieprzyjemności.

— A kimże jest kolega naszego Einsteina?

— James — podał kobiecie rękę, nim zdążyła się na nim uwiesić, i uśmiechnął się nerwowo.

— Czego potrzebujesz, Harrisonie?

— Harry — znów musiał kogoś poprawiać.

Mace zachichotała i poprowadziła ich do drzwi.

— Szukamy waszego lekarza. Gdzie on jest? — zapytał Anderson.

— Z pewnością nie tutaj

Lekarza nie było albo kobieta kłamała. Nie, nie kłamała. Chyba, że Black też kłamał. Harry widział prawdę w oczach ludzi, więc albo mówili prawdę, albo on się pomylił, albo ktoś kłamał. O matko, pogubił się w tym!

— Będę tu codziennie pytał o Basedowa — powiedział Harry i wzruszył ramionami.

— Skąd wiesz, jak się nazywa?

— Widziałem jego recepty na grzybki halucynki — rzekł i uroczo się uśmiechnął. — Muszę zobaczyć jego gabinet. — Sugestywnie spojrzał na mulatkę, a ona niepewnie sięgnęła za ladę baru i podała mu mały kluczyk.

— Przy końcu korytarza.

— — —

...Harry, proszę, wróć do nas.

Hermiona

Mężczyzna zmiął długi list pisany ozdobnym atramentem i wyrzucił go prosto w buchające gorącem palenisko. Nie zamierzał wracać. Nigdy! Voldemort mógł go przyciągać w stronę wysp, ale Harry potrafił oprzeć się pragnieniu konfrontacji z mężczyzną. Nie przeżyłby tego.

Tak strasznie, strasznie chciałby sięgnąć w głąb umysłu Czarnego Pana, rozpracować go, rozłożyć na czynniki pierwsze, tak, jak robił to z innymi mordercami-psychopatami. Był w tym dobry. Ba, najlepszy! Ale nie potrafił zrozumieć, jak myślał ten czerwonooki mężczyzna. I właśnie to go przerażało.

Przegonił brązową sowę przyjaciółki i głośno zatrzasnął okno. Jego wzrok przyciągnęła drewniana urna, która jak zwykle stała na marmurowym gzymsie kominka. Pochwycił ją i powoli otworzył. W środku spoczywał długi patyk z ostrokrzewi.

Zamknął je i odłożył na miejsce. Od trzech lat nie miał swojej różdżki w ręku. Od trzech lat mieszkał w Australii i od trzech lat dzień w dzień odsyłał listy od dawnych przyjaciół.

Szybko porzucił napływające mu do głowy wspomnienia. Miał sprawę seryjnego mordercy i chciałby rozwiązać ją przed weekendem. Może nawet dałby radę wyciągnąć Jamesa do teatru? Zachichotał. Tak ciężko było mu nazywać kogoś imieniem zmarłego ojca. Przez długi czas mówił na niego wyłącznie Anderson.

Nagle rozbrzmiał głośny dźwięk telefonu. Mace.

Odebrał, podchodząc do wyjścia.

— Jest Viktor, przyjeżdżaj. Nie zostanie tu długo.

Harrison wypadł z domu z ledwie zarzuconym na ramiona płaszczem, krzywo założoną czapką i szalikiem w ręku. Odpalił mercedesa i ruszył z piskiem opon po mokrej drodze. Deszcz nadal lał i nie zapowiadało się na nagłą zmianę pogody.

Jazda dobrymi samochodami po najgorszej ulicy wychodziła mu niemal tak dobrze, jak tropienie morderców. Wjechał w większą kałużę i uświnił brudną, sydneyowską wodą grupkę przechodzących dziewczyn.

Pod klubem nocnym był kilka minut później.

Pobieżnie przywitał się z Mace.

— Wiedziałem, że niedługo wróci — rzekł, przyspieszając kroku.

— Poznałeś to po jego drzwiach czy niewidocznych odciskach palców? — zakpiła kobieta, opierając się o wysoki bar.

— Nie. Trzy dni temu w jego gabinecie była niedopita kawa. Brak śladów walki, więc tej walki nie było. Skoro kawa została porzucona, musiało wydarzyć się coś bardziej interesującego od niej. Zdążyła się zasmrodzić, a on jej nie wylał. To oznacza, że od co najmniej sześciu dni nie było go w gabinecie, a więc ktoś musiał mieć do niego sprawę. Jednak zostawił na wierzchu istotne i potrzebne lekarzowi dokumenty tak samo, jak zostawił zdjęcia rodziny. W jego torbie znalazłem dwa bilety na Indian Pacific**. Wyjeżdża dzisiaj. — Popchnął drzwi do gabinetu. — Proszę, proszę... Czy to nie Viktor Basedow?

Mężczyzna pakował się wielkim pośpiechu, wrzucając do torby potrzebne rzeczy. Z przerażeniem spojrzał na Blacka, który wyciągnął i odbezpieczył pistolet, celując lufą prosto pomiędzy oczy mężczyzny.

— Znasz moje imię — zaczął mężczyzna, cofając się powoli. — Kim jesteś?

— To przyjaciel — wtrąciła się Mace, ze zdziwieniem patrząc na agresywne zachowanie Harry'ego. — Harrison...

— Harry.

— Harry — powtórzyła z irytacją. — Harry Black.

— Przechodząc do rzeczy, Basedow, jesteś oskarżony o zabójstwo trójki ludzi. Co wiesz o Angelinie Volpe?

*kwas barbiturowy - substancja wykorzystywana w mocnych proszkach nasennych

**Indian Pacific - pociąg, który przemierza trasę od Sydney do Perth. Jest bardzu luksusowy.